Dyplom uzyskałem na warszawskiej SGGW w latach 80 – tych ubiegłego wieku. Potem parę lat intensywnej pracy na dużych zwierzętach. Choroby trzody chlewnej, krów to były moje codzienne przypadki. Odklejenie zalegającego łożyska u klaczy, coś co obecnie jest rzadkim przypadkiem było „stałym elementem gry”. Prawdę powiedziawszy zwierzęta towarzyszące stanowiły wówczas margines pracy lekarza weterynarii. Dość powiedzieć, że wówczas w Łodzi były dla nich trzy lecznice a w Warszawie raptem cztery w tym jedna wydziału weterynaryjnego. Przyjmowali w niej najlepsi w kraju profesorowie z uznanym na świecie dorobkiem naukowym i kolejek nie było. W latach 90 – tych po sprywatyzowaniu państwowych wówczas lecznic zszedłem na psy, koty i inne zwierzęta towarzyszące. Doświadczenie zebrane podczas tak długiego stażu pracy, kontakt z tysiącami różnych przypadków nie zaowocował wszechwiedzą. Ta cechuje raczej młodszych stażem kolegów a i mnie nie było obce. Najczęściej przekonanie o własnej nieomylności jest wspólne dla jamników i lekarzy pomiędzy piątym a np. 15-tym rokiem pracy. W wypadku jamników często bywa zasadne. W wypadku tych drugich niekoniecznie. Lekarz ze stażem liczonym w dziesiątkach przepracowanych lat ma dużą pokorę wobec własnych poczynań. Wynika ona ze świadomości własnej niewiedzy. Innymi słowy – wie czego nie wie. Wie też gdzie sięgnąć by ją uzupełnić. Z reguły są to fachowe wydawnictwa lub konsultacja z kolegą równym stażem. To ostatnie bywa często cenniejsze. Hobbystycznie zajmuję się robieniem witraży i lamp wg. Tiffaniego. Do obejrzenia w zakładce Galerie. Zapraszam do zapoznania się z zakładkami mojej strony.
