Eutanazja zwierząt

Uśpienia…

Ludzie, dość często, zadają mi pytania związane z eutanazją zwierząt. Zazwyczaj pytają właściciele zwierząt starszych, schorowanych chcąc przygotować się do tej chwili, która być może nastąpi. Czasami powodem jest zwykła ciekawość no, bo jak to, ktoś kto leczy również usypia, zabija. Jak to godzę? Czy jak wygląda, od strony technicznej, to usypianie. Czy zwierzę nie cierpi? Pytania te, dość często słyszane, skutkują odpowiedzią wyuczoną, rutynową - taką swoistą mantrą. Że usypiamy wtedy gdy ból życia jest większy od bólu śmierci i eutanazja uwalnia zwierzę od narastającego codziennie cierpienia, z którego wyzwoleniem jest tylko śmierć, że należy oszczędzić tych cierpień, że zwierzę jest wprowadzane najpierw w narkozę i nie czuje bólu i, że wtedy dopiero podawana jest dożylnie stężona mieszanina silnych środków nasennych - barbituranów pogłębiająca sen poza granicę skąd nie ma już powrotu, że martwe zwierzę można zabrać bo nadal ono stanowi czyjąś własność lub zostawić je do utylizacji i, że odbywa się to poprzez spalenie.

Eutanazja chroni zwierzę od narastającego każdego dnia cierpienia, którego kresem jest nieuchronna śmierć. Ona jest wybawieniem. Czymś na co nasz psiak, kot czy chomik czeka. Po drugiej stronie tęczy nie ma już bólu, strachu przed zastrzykami, które bolą i wcale nie przynoszą ulgi za to są drogie i czasami chętnie, właśnie z tego powodu podawane przez niezbyt etycznego, „robiącego co można” weterynarza. Oporów przed zadaniem dobrej śmierci, bo w tym wypadku ona jest naprawdę dobra, nie mam a egoistyczne prośby „niech ono jeszcze trochę pożyje” budzą we mnie opór. Przedłużają tylko bezsensowną, przedśmiertną mękę. Czasami jest to guz w jamie brzusznej, czasami widoczny na zewnątrz nowotwór kości łapy, czasami coś innego ale równie oczywistego dla lekarza. Szanse powodzenia zabiegu żadne. Na środkach przeciwbólowych miernie uśmierzających ból i kroplówkach z glukozy będzie się męczyło nawet miesiąc. Czasami dłużej. W praktyce sprowadza się to do dręczenia zwierzęcia za niemałe pieniądze najczęściej nieświadomego stanu rzeczy właściciela. Zwierzę cierpi w milczeniu, pamiętajmy o tym. Pewien bardzo mądry ksiądz w swoich ostatnich, przepełnionych cierpieniem dniach życia, zanotował na kartce papieru dwa znamienne słowa: „Nie uszlachetnia”. Czego mają się tyczyć ? O co Mu chodziło? Zmarł. Odpowiedź zabrał ze sobą do grobu. Pytania zostaną bez odpowiedzi. Jesteśmy zdani jedynie na jakieś przypuszczenia, hipotezy, teorie. Wszystkie jednakowo niesprawdzalne. Obyśmy nigdy nie musieli doświadczyć tego by przekonać się czy nasze domysły były prawdziwe. Oszczędźmy zbędnych cierpień naszym zwierzakom. Mamy taką możliwość. One czują tak samo jak my. Podjęcie takiej decyzji jest trudne, czasami nawet bardzo tym bardziej, że często dotyczy jedynej bliskiej dla kogoś, żywej istoty na tym świecie.

- „ Wie pan, ten pies to dla mnie wszystko. Rodzina daleko a córka z rodziną wyjechała do Anglii. Niedługo dziesięć lat będzie. Już nie wrócą, tam żyją, co się tu mieli męczyć. Ona po geografii na kasie, za grosze, w markecie robiła a on to samo. Trochę tu, trochę to, trochę tamto. Dorabiał graniem – muzyk po akademii ale pieniędzy z tego nie było. Szarpali się tylko. Jak inni… Sama jak palec się zostałam. Tylko tego psiaka mi zostawili bo ze sobą nie wzięli. Sąsiadki to szkoda gadać… Tylko człowiekowi cztery litery za przeproszeniem obrobią, plotek narobią – wie pan jak jest… Nawet ich za próg nie wpuszczam, tyle co -dzień dobry- w windzie powiem jak spotkam i tyle. Ludzie są podli a to psie było wierne i dobre”. Taki monolog trwa czasami dłużej niż chciałaby właścicielka. Mówiąc, oddala choć na parę minut tę chwilę kiedy psiak odejdzie i będzie jeszcze bardziej samotna. Nie śmiem przerywać.

           Gorzej jednak gdy usypiam całkowicie zdrowe, radosne zwierzę. Już widzę oburzonych. Jak to ? Usypia zdrowe zwierzę?! Po sąd go! Zabrać prawo wykonywania zawodu! To hycel! Wstrzymajcie się chwilowo z oceną. Doczytajcie do końca i wtedy oceńcie. Ja sam mam z tym problemy. Na szczęście nie zdarza się to często. Może raz na dwa, trzy lata. Może rzadziej. Opowiem o ostatnim takim przypadku. Była to starsza, od dawna na emeryturze, nauczycielka. Znałem ją. Przychodziła regularnie od lat ze swoim kotem cierpiącym na przewlekłą niewydolność nerek. Zwierzę czuło się jednak dobrze i wystarczyło codzienne podawanie leków. Czasami dolegliwość się zaostrzała i potrzebna była doraźna interwencja. Sądziłem, że i tym razem jej pojawienie się z kotem zakończy się podobne. Właścicielka, po zdawkowym powitaniu, zakomunikowała : „Przyszłam uśpić swojego Kacpra.”

„Dlaczego?” – zapytałem zaskoczony.

„ Z nim jest w porządku ale niech pan na mnie spojrzy. Jak ja wyglądam… Jestem po chemii – odruchowo poprawiła ciasno zawiązaną z tyłu głowy chusteczkę.

„Schudłam. Mam przerzuty. To nowotwór. Rozsiany. Lekarze chcą jeszcze operować, naświetlania miałam… ale ja sama widzę, że to nie ma sensu. Jutro idę do szpitala, do Kopernika. Ja stamtąd już nie wyjdę. Wiem o tym.”- umilkła.

Nie wiedziałem co powiedzieć. Każde słowa brzmiałyby fałszywie. Milczałem. Widząc moje zakłopotanie, przewidując moją prawdopodobną reakcję, sama dodała:

„Nie będę mu szukała domu. On jest stary i chory. Ktoś taki nie jest nikomu potrzebny. Moja bratanica, która dostanie po mnie mieszkanie nie znosi kotów. Jest na nie uczulona, wie pan - alergia. Wyrzuciłaby go gdzieś w drugim końcu miasta albo oddałaby go do schroniska a tam sobie nie poradzi. O ile by go w ogóle przyjęli… Pytałam kiedyś. Nie chcą kotów. On taki rozpieszczony. Zawsze jadł lepiej ode mnie. Wszystko przemyślałam. To nie jest dla mnie łatwe. Lekarz jest wobec mnie szczery. Rokowania są złe. Transporter Kacpra zostawię u pana, można? Przyzwoity, może się panu albo komuś przyda? Kuwetę już wyrzuciłam. To wszystko bez sensu. Niech pan go uśpi. Nie chcę być przy tym. Ile płacę? Proszę doliczyć utylizację. Chociaż, miałabym do pana prośbę. Gdyby pan obiecał, że go pan zakopie. Ja wiem, że nie wolno ale wolałbym żeby tak. Obiecuje pan?”

Milcząc skinąłem głową.

„ Łatwiej go potem poznam – wymuszenie zażartowała uspokojona moją zgodą. Czterysta złotych wystarczy? Tyle przeznaczyłam. Jeśli to za mało proszę powiedzieć…”

Kiwnąłem głową, że tak, że wystarczy. Wyszła bez słowa pożegnania, zostawiając dwie dwusetki na kocim transporterze. Ona też wcześniej rozmawiała jak wygląda uśpienie kota. Pytała o to chyba z rok temu. Wszystko chciała wiedzieć dokładnie. Przypomniałem sobie o tym gdy już wyszła. Ciotka Matylda co „pod pachą taszczy kota, który przecież nie mógł zostać całkiem sam”. Opowiedziałem o tym znajomemu. Skwitował, że takie usypianie to dobry interes a ja jestem przewrażliwiony.

„Przecież to tylko kot - wzruszył ramionami - ależ ty masz problemy. A następny to chyba taki, że ci pasjans nie wyszedł…”

Może… Chyba ma trochę racji choć problemy mam takie jak wszyscy. Na szczęście na swoją miarę. Takie sytuacje zdarzyły mi się parę razy. Na tyle rzadko jednak by nie zobojętnieć . Mogę sobie na taki luksus pozwolić. Koniec końców jestem osiedlowym weterynarzem a nie policjantem z drogówki codziennie jeżdżącym do wypadków. Albo inny przypadek. Też usypiałem kota - guz wątroby. Silna żółtaczka, zmiana na tyle duża, że wyczuwalna poprzez powłoki brzuszne. Zwierzę „pociągnęło” od rozpoznania jeszcze dwa czy trzy tygodnie ale stan był już na tyle zły, że eutanazja była jedynym rozsądnym wyjściem. Właścicielami zwierzęcia były dwie osoby - matka z synem. Matka, stara, poruszająca się o balkoniku, kobieta. Syn miał około 40 lat, muskularny, przystojny mężczyzna jednak, jak powiedziała mi wcześniej matka, o umyśle sześciolatka. Jego rozpacz, łzy, łkanie i starania matki tulącej go, głaszczącej po głowie, scałowującej łzy z twarzy by się uspokoił… On przeżywał śmierć swojego Tygryska z całą siłą emocji małego chłopca. Scena , na którą byłem, w każdym bądź razie powinienem być, przygotowany była ciężka. Odetchnąłem dopiero w samochodzie. Po paru minutach siedzenia w jakimś stuporze przekręciłem kluczyk w stacyjce. Chyba rzeczywiście jestem przewrażliwiony. Przecież to był tylko kot.... Na szczęście takie zdarzenia nie są częste. Jeszcze inne „uśpienie” opisałem poniżej. Było na tyle nietypowe, że warto by je opowiedzieć. Życie pisze czasami lepsze scenariusze niż Hollywood a eutanazja zwierzęcia może czasami przebiegać zgoła nieoczekiwanie. Poniższe opowiadanie jest w miarę dokładną relacją tego co mi się kiedyś przydarzyło.

*              *                *

Ktoś zapukał do drzwi gabinetu i nie czekając na zwyczajowe „proszę”, wszedł. Wchodzący, zorientowawszy się widocznie w popełnionej niestosowności, zamiast „dzień dobry” wymamrotał „przepraszam”. Stał chwilę mrużąc oczy przed ostrym, jarzeniowym światłem. Odruchowo poprawił kaszkiet. Cień daszka osłonił mu oczy. Pod zapiętą połą znoszonej, kraciastej kurtki coś podtrzymywał.

- Ja do pana. Chyba trzeba będzie uśpić moją sukę.

Mówiąc to, rozglądał się szybko wokół jakby taksując stojące sprzęty. Gdy skończył wypowiadane powoli, z niejakim trudem słowa, pochylił twarz i powoli odpiął niepasujący do pozostałych guzik. Zza poły wysunął się skrawek rudej sierści. Reszta zwierzęcia pozostawała niewidoczna.

-Proszę, może przejdziemy do zabiegowego - lekarz wskazał uchylone drzwi sąsiedniego pomieszczenia.

Wszedł pierwszy, zapalając światło. Właściciel zwierzęcia postawił je na metalowym stoliku. Mała, ruda suczka z fantazyjnie zakręconym ogonkiem z trudem łapała powietrze. Powieki i nozdrza miała sklejone gęstą, zielonkawą ropą. Chwilę stała dygocząc. Bardziej upadła niż położyła się na boku. Lekarz popatrzył pytająco na tego w kurtce i skierował wzrok z powrotem na zwierzę. Badał je, osłuchując fonendoskopem.

- Za późno, to agonia. Jedyne, co mogę zrobić to skrócić jej cierpienie – jego słowa zabrzmiały trochę jak wyrzut, trochę jak stwierdzenie.

Odwrócił się w kierunku przeszklonej, medycznej szafy i otworzył ją. Gęstym, żółtawym płynem z ciemnobrązowej buteleczki powoli napełniał strzykawkę. Dyskretnie, kątem oka obserwował drugiego mężczyznę. Pomimo niedawno minionego, skwarnego lata, twarz tamtego była ziemistoblada. Gdzieś zza ucha, spomiędzy krótkich, szczeciniastych włosów , wijąc się po boku szyi i żuchwy był widoczny mały, zielono wytatuowany wąż. Staranny, delikatny rysunek, cieniowanie barw dobrze świadczyły o kunszcie artysty. Taki tatuaż mógł stanowić ozdobę kobiecej stopy czy ramienia. Tu wyglądał groźnie. Obserwowany instynktownie poczuł na sobie wzrok i odwrócił się przodem do patrzącego. Postąpił krok naprzód.

- Wczoraj wieczorem dopiero co wróciłem… – zaczął pośpiesznie i urwał nagle na przydechu. Po chwili, z inną, spokojniejszą już intonacją kontynuował. - Moja mieszkanie dawno temu sprzedała a sama wyjechała. Chyba gdzieś za granicę. Tak mówią. Pretensji niby nie mam … Było, minęło …

Rozgadał się niespodziewanie. Wypity wcześniej alkohol wykoślawiał zdania i przekręcał wyrazy. Często wtrącane słowa więziennej grypsery powodowały, że słuchający z trudem rozumiał sens.

            …ale o Sunię zadbać trzeba musowo. Niech tam chociaż śmierć ma lekką. Ona jedna ze wszystkich zawsze za mną była. Nie to, co reszta... Jak mnie ostatnio z domu brali to ona jedna, wiesz pan, za mną twardo stanęła. Psa, znaczy się tajniaka, ucięła. Ostro, do krwi a nikt jej nie szczuł. Tak sama z siebie, a zawsze łaskawa była, nikomu słowa nie powiedziała a tu za mną TAK stanęła. Kopnął ją wtedy taki jeden mundurowy. – Czego kopiesz ty taki owaki?! – krzyczę i z bańki go, bo skuty już byłem. Dołożyli mi za to przy wyroku osobno. Dobre psie było. Wierne. Nie to co …

Nie dokończył. Zamilkł. Domyślając się kolejnych czynności przytrzymywał i tak prawie nieruchome zwierzę. Igła wbiła się w żyłę przedniej łapy. Dłoń lekarza cofnęła tłoczek strzykawki i krew cienką strużką wpłynęła w oleisty płyn wypełniający wnętrze plastikowego cylinderka. Nie zdążyła się z nim wymieszać, gdy została z powrotem wtłoczona do żyły. Tłoczek oparł się o dno strzykawki.

- Już nie cierpi. Zaraz uśnie. Za parę minut. … Pan pali?

Lekarz skierował paczkę papierosów w stronę właściciela suczki. Podał ogień. Ten stał nieruchomo. Wciągając dym papierosa z pozoru beznamiętnie patrzył na swojego psa. Odchrząknął.

- Ona już usnęła? Tak? – upewniał się cicho. Korzystając z tego, że lekarz zajęty był zamykaniem szafy, ukradkiem otarł łzę. Był zły na siebie. Nie sądził, że coś takiego mu się przydarzy - Obciach taki, że prawie dołek. Dobrze, że nikt nie widział – myślał o łzie ze złością. Pokrywając obce, zapomniane od dawna uczucie niespodziewanie twardym głosem z niezrozumiałym dla słuchającego poirytowaniem, powiedział:

- Zawołam kolegę. Jest na poczekalni. Ma pudełko.

Lekarz skinął głową i zaczął powoli wycierać ligniną ze stolika krew, która mieszając się z psim moczem skapywała na zielonkawą wykładzinę podłogi.

            Przywołany przez mężczyznę w kurtce tubalnym „Dzięcioł, wchodź !” pojawił się kolega. Był fizycznym przeciwstawieniem tamtego. Niski, drobny z długimi, prostymi, przetłuszczonymi włosami na nieproporcjonalnie małej głowie. Miał w swoim wyglądzie, ruchach coś niepokojącego, jakby ptasiego. Wrażenie to potęgowała jego fizjonomia. Chuda, pozbawiona kości policzkowych twarz Długi, wąski nos mimowolnie kojarzący się z ptasim dziobem. Z torby wyjął drewniane, starannie obrobione pudełko. Szeleszcząc ortalionową bluzą, zbyt lekką jak na tę porę roku, mocował się przez chwilę z pokrywą. Wnętrze wysłane było białym adamaszkiem starannie upiętym w równe fałdy. Delikatnie, z ledwo dostrzegalnym grymasem odrazy, uniósł wiotkie ciałko Suni. Brudząc się krwią i moczem zlepiającym sierść zwierzęcia powoli układał je w pudełku. Ten w sukiennej kurtce stał nieruchomo przy ścianie. Patrzył.

- Ładnie obite, nie? Fachowo. Moja to mu – Dzięcioł głową wskazał stojącego - nawet najlepszą powłoczkę od poduszki dała jak powiedział, o co chodzi. Głupio jej było, że nieboszczka – w słowach pobrzmiewała leciutka nuta kpiny pomieszanej z ironią - niby u nas, na komornym a tak wyszło. Sam miałem na nią złość, że nie poszła z Sunią do pana wcześ... – urwał w pół słowa. Zimne spojrzenie drugiego spowodowało, że zamilkł już żałując, że w ogóle odezwał się. Niepewnie zerkając na stojącego, pośpiesznie wyszedł trzymając pod pachą pudełko. Zapadła kłopotliwa dla obu cisza.

- To ile się należy ? – przerwał ją wytatuowany i nie czekając na odpowiedź zaproponował: – To może weźmie pan zegarek ? Ładna rzecz. Dostałem od ziomka za stare długi.

Ton głosu był zaskakująco przyjazny, prawie przyjacielsko ciepły. Wyciągnął z kieszeni mały, foliowy pakuneczek.

- Miałem jeszcze do niego takie ładne pudełko, ale dałem dzieciakowi kolegi, co mnie nocuje - mówił przez zęby, szarpiąc nimi metalizowaną folię. Szło to opornie. Wydobył go wreszcie i głos wrócił do poprzedniego brzmienia.

- Sikor ładny, szwajcarski. Sam się nakręca. Można zobaczyć, bo z tyłu też ma szkiełko. Nówka. Żadna podróba, na jumie brana, jeszcze ciepła. U Garbusa dostałbym za niego przynajmniej na kilka flaszek - zachwalał. No to jak ? Może być ? Odprawka rozeszła się jeszcze wczoraj a tak bez zapłaty nie wypada. Dla mnie to ważne… Nic lepszego teraz nie mam. Należy się, nie męczyła się wcale. Z szacunkiem. Niech pan weźmie... – Przekonując prosząco, wcisnął zegarek w rękę lekarza. Nim ten, zaskoczony, zdążył zareagować, coś powiedzieć, przyjąć lub nie takie honorarium, skrzypnęły drzwi i został sam. W dłoni trzymał ciężki, stalowy zegarek z paskiem z krokodylej skóry. Był to jeden z kosztownych, bogato zdobionych złotem modeli firmy Maurice Lacroix.

# Tagi dla tego postu
# Random Posts
Eutanazja zwierząt

Eutanazja zwierząt

Leave review
Ludzie, dość często, zadają mi pytania związane z eutanazją zwierząt. Zazwy...
Czytaj dalej
Gabinety, przychodnie, kliniki weterynaryjne czyli o tym jak nie dać się naciągać.

Gabinety, przychodnie, kliniki weterynaryjne czyli o tym jak nie dać się naciągać.

Leave review
Nikt nie lubi być oszukiwanym. To „oczywista oczywistość”. Gdy konsekwencj...
Czytaj dalej
# Kategorie
Gabinety, przychodnie, kliniki weterynaryjne czyli o tym jak nie dać się naciągać.

Gabinety, przychodnie, kliniki weterynaryjne czyli o tym jak nie dać się naciągać.

Leave review
Nikt nie lubi być oszukiwanym. To „oczywista oczywistość”. Gdy konsekwencj...
Czytaj dalej
Eutanazja zwierząt

Eutanazja zwierząt

Leave review
Ludzie, dość często, zadają mi pytania związane z eutanazją zwierząt. Zazwy...
Czytaj dalej
Gabinety, przychodnie, kliniki weterynaryjne czyli o tym jak nie dać się naciągać.

Gabinety, przychodnie, kliniki weterynaryjne czyli o tym jak nie dać się naciągać.

Leave review
Nikt nie lubi być oszukiwanym. To „oczywista oczywistość”. Gdy konsekwencj...
Czytaj dalej
Eutanazja zwierząt

Eutanazja zwierząt

Leave review
Ludzie, dość często, zadają mi pytania związane z eutanazją zwierząt. Zazwy...
Czytaj dalej
# Obserwuj nas